barcelona

PAN TADEUSZ, KSIĘGA DWUNASTA

Radzę więc, aby chłopów starym obyczajem Uszlachcić i ogłosić, że im herb nasz
tłumaczenia tekstów dajem. Pani udzieli jednym wioskom Półkozica, Drugim niech swą Leliwę nada Pan Soplica. Natenczas i Rębajło uzna chłopa rownym, Gdy go ujrzy szlachcicem wielmożnym, herbownym. Sejm potwierdzi. "A niech się mąż Pani nie trwoży, Iż oddanie ziem Państwo tak bardzo zuboży; Nie da Bóg, abym rączki córy dygnitarskiej Widział umozolone w pracy gospodarskiej.
Jest na to sposób; - w zamku wiem ja pewną skrzynię,
W której jest Horeszkowskie stołowe naczynie,
Przy tym różne sygnety, kanaki, manele,
Kity bogate, rzędy, cudne karabele,
Skarbczyk Stolnika, w ziemi skryty od grabieży;
Pani Zofiji jako dziedziczce należy;
Pilnowałem go w zamku jako oka w głowie,
Od Moskalów i od was, Państwo Soplicowie.
Mam także spory worek mych własnych talarów,
Uzbieranych z wysługi tudzież z pańskich darów,
Myśliłem, gdy nam zamek wróconym zostanie,
Obrócić grosz na murów wyreperowanie;
Nowemu gospodarstwu dziś zda się w potrzebie; -
A więc, Panie Soplico, wnoszę się do ciebie,
Będę żył u mej Pani na łaskawym chlebie
I kołysząc Horeszków pokolenie trzecie,
Wprawiać do Scyzoryka Pani mojej dziecię,
Jeśli syn, a syn będzie, bo wojny nadchodzą,
A w czasie wojny zawżdy synowie się rodzą". Ledwie ostatnie słowa domówił Gerwazy, Gdy poważnymi kroki przystąpił Protazy, Skłonił się i wydobył z zanadrza kontusza Panegiryk ogromny, w półtrzecia arkusza.
Skomponował go rymem podoficer młody,
Który niegdyś w stolicy sławne pisał ody,
Potem wdział mundur, lecz i w wojsku beletrysta,
Wiersze rabiał - już Woźny przeczytał ich trzysta,
Aż gdy przyszedł do miejsca: "O ty, której wdzięki
Budzą bolesną radość i rozkoszne męki!
Która na szyk Bellony, gdy zwrócisz twarz piękną,
Złamią się wnet oszczepy i tarcze rozpękną,
Zwalcz dziś Marsa Hymenem; srogiej niezgód hydrze
Niech dłoń twoja syczące z czoła zmije wydrze!" -
Tadeusz i Zofija ustawnie klaskali
Niby chwaląc, w istocie nie chcąc słuchać daléj;
Już z rozkazu Sędziego pleban stał na stole
I ogłaszał włościanom Tadeusza wolę.

Zaledwie usłyszeli nowinę poddani,
Skoczyli do panicza, padli do nóg pani,
"Zdrowie Państwu naszemu!" ze łzami krzyknęli;
Tadeusz krzyknął: "Zdrowie Spółobywateli,
Wolnych, równych, Polaków!" - "Wnoszę Ludu zdrowie!"
Rzekł Dąbrowski, lud krzyknął: "Niech żyją Wodzowie,
Wiwat Wojsko, wiwat Lud, wiwat wszystkie Stany!"
Tysiącem głosów zdrowia grzmiały na przemiany. Tylko Buchman radości podzielać nie raczył, Pochwalał projekt, lecz go rad by przeinaczył, A naprzód komisyją legalną wyznaczył, Która by - krótkość czasu była na zawadzie, Że nie stało się zadość Buchmanowej radzie. Bo na dziedzińcu zamku już stali parami Oficery z damami, wiara z wieśniaczkami: "Poloneza!" krzyknęli wszyscy w jedno słowo.
Oficerowie wiodą muzykę wojskową;
Ale pan Sędzia w ucho rzekł do Jenerała:
"Każ Pan, żeby się jeszcze kapela wstrzymała,
Wiesz, że dzisiaj synowca mego zaręczyny,
A dawnym obyczajem jest naszej rodziny
Zaręczać się i żenić przy wiejskiej muzyce.
Patrz, stoi cymbalista, skrzypak i kozice;
Poczciwi muzykanci - już się skrzypak zżyma,
A kobeźnik kłania się i żebrze oczyma;
Jeżeli ich odprawię, biedni będą płakać;
Lud przy innej muzyce nie potrafi skakać,
Niechaj ci zaczną, niech się i lud podweseli,
Potem będziem wybornej twej słuchać kapeli". Dał znak. Skrzypak u sukni zakasał rękawek, Ścisnął gryf krzepko, oparł brodę o podstawek I smyk jak konia w zawód puścił po skrzypicy. Na to hasło stojący obok kobeźnicy, Jak gdyby w skrzydła bijąc, częstym ramion ruchem Dmą w miechy i oblicza wypełniają duchem; Myśliłbyś, że ta para w powietrze uleci, Podobna do pyzatych Boreasza dzieci. Brakło cymbałów. Było cymbalistów wielu, Ale żaden z nich nie śmiał zagrać przy Jankielu (Jankiel przez całą zimę nie wiedzieć gdzie bawił, Teraz się nagle z głównym sztabem wojska zjawił). Wiedzą wszyscy, że mu nikt na tym instrumencie Nie wyrówna w biegłości, w guście i w talencie.
PAN TADEUSZ, KSIĘGA DWUNASTA tłumaczenia tekstów fragment 120

2008-11-11 16:10:01